Teraz kilka słów o sobie. Obecnie znowu bawię w San Francisco, gdzie przyjechałem umyślnie na występy pani M. z Maripozy. Przed wyjazdem do Maripozy trafiło mi się kilka awantur. Najprzód były tu — jak i w całej Ameryce — „strajki” robotników kolejowych, którym zmniejszono płacę dzienną. Widziałem nader burzliwe meetingi570, na których strzelano z rewolwerów do siebie, bito się na cegły, pięście i kije. Mało się nie oberwało i mnie. Potem w moich oczach jakiś Hangs, konsul Gwatemali, zabił niejakiego pana Leslie (być może, że inaczej się pisze). Należałem do liczby tych, którzy złapali za kark zabójcę i odbierali mu rewolwer. Żałowałem następnie bardzo, że nie wsadzili mnie jako świadka do kozy, bo tu świadków czasem sadzają do kozy, aby ich usunąć spod wpływów rodziny oskarżonego, ale za to płacą pięć dolarów dziennie (nie wiem, czy i w Kalifornii), czyli sumę, jakiej zapewne żaden literat na dzień nie zarabia.

Koniec końców nie wsadzili mnie, więc pojechałem do Maripozy. Maripoza to jeden ogromny las; w tydzień po moim przyjeździe wlazłem w gąszcza za postrzelonym sępem, ze strzelbą, w której jedna lufa od śrutu była właśnie wystrzelona, a druga od kuli nienabita i spotkałem się nos w nos ni mniej, ni więcej, tylko z madame la Cougouar. Madame huknęła na mnie i parsknęła gwałtownie, ja zaś, jako nie przedstawiony, cofnąłem się z takim pośpiechem, że przyniósłby on zaszczyt najlepiej wychowanemu dżentelmenowi. Powiadam wam, że literalnie małom nie siadł ze strachu. Bo, żebym choć miał nóż, ale i to nie! Miałem tylko strzelbę nienabitą, to się znaczy kawał lichego drąga. Kuguarzyca schroniła się do starej miny571 srebra, ja zaś do chałupy. Tam dopiero ochłonąwszy, wziąłem Henry rifle czternastostrzałowy, wróciłem do miny i przesiedziałem o trzydzieści kroków od otworu całą noc... bezskutecznie.

Ale za to od tej pory nie chodziłem w gąszcza jak roztrzepaniec, bez noża i bez kuli w jednej lufie, oraz przysiągłem sobie, że i na przyszłość nigdy tego robić nie będę.

Zabawna rzecz! Co to jest podróżować? Czyby mi na przykład dwa lata temu w Warszawie przyszło na myśl, że mogę być zjedzonym? Gdy niebezpieczeństwo minie, tego rodzaju wrażenie wydaje się bardzo komiczne. Wyobraźcie sobie dwie istoty: pumę i warszawskiego literata. Obie urodziły się na dwóch półkulach, tymczasem jakieś licho stawia jedno na drodze drugiemu i jedno drugie zjada... A kto kogo? Puma literata!! Czyby to przeklęte bydlę miało przynajmniej pojęcie, kogo je? Czyby miało pojęcie, że zarazem zjada z jaki tysiąc felietonów z „Gazety Polskiej”? Ze dwieście Listów z podróży... Na marne, Humoreski, Starego sługę, Hanię, Szkice węglem i wszystkie te arcydzieła, które jeszcze mają wylecieć z mej głowy na świat, jak wróble ze stodoły? Czyby miało przynajmniej pojęcie, że zjadając literata, popełnia jakiś większy grzech lub przynajmniej je coś smaczniejszego, niż gdyby np. zjadało cielę lub skopa572? O horror! Przyszedłszy na nocleg do jamy, gotowa jeszcze taka jakaś puma powiedzieć do męża kuguara: „Wiesz co — mdli mnie! Zjadłam dziś coś dziwnie niesmacznego”.

Piękny los!

A jednak co tam! Lepiej jest zawsze podróżować niż siedzieć kamieniem na miejscu. Nie wydaje człowiek tak po groszu tego, co w nim jest najlepsze, w lesie, jak na bruku miejskim, otrząsa się z koteryjności, z marnych osobistych sympatii i antypatii, z drobnych uraz, z małych spraw i drobiazgowości, z lichych pretensyjek — żyje szerzej, myśli może szerzej i mężniej — wyrabia w sobie dzielniej indywidualność, nie staje się wytartym groszem podobnym do każdego innego jak dwa łyse konie; jest wreszcie panem sobie — panem, co warte jest więcej niż wszystko. Nie myślcie, żebym namawiał do włóczęgi. Kogo obowiązki i praca trzyma w domu, ten niech siedzi w domu. Ale co do mnie osobiście, cóż robiłem w Warszawie? — pisałem; co robię w Kalifornii? co będę robił czy na biegunie północnym, czy południowym? — pisał. Krótko mówiąc, robię zawsze swoje, a robię może tym lepiej, że piszę rzeczy ciekawsze.

Chcecie wiedzieć, jakie są moje zamiary w tej chwili? Oto, jak mi przypłynie przez wodę i przyjedzie przez ziemię trochę pieniędzy, na które czekam jak oblubieniec na oblubienicę, wówczas sakum-pakum573 i przez Panamę, jako najtańszą drogę, a pod pokładem, jako najtańszym sposobem, puszczę się z powrotem do Warszawy. W Warszawie mam zamiar powiedzieć kilka odczytów, zebrać coś grosza i znowu puścić się w świat — i znowu pisywać Listy z podróży — i tak ciągle, dopóki nie przyjdzie się wybrać w najmniej kosztowną, ale najdłuższą, to jest na tamten świat. Jak to prędko nastąpi, nie wiem — wiem tylko, że na mocy przysłowia: „zła siekiera nie utonie” — nie grozi mi śmierć wodna.

Ale to wszystko jedno. Natomiast, jeśli będziecie moje listy prywatne drukować z taką korektą, jak poprzedni, powiadam wam, umrę z rozpaczy. W poprzednim czytam następujący ustęp:

„Kłuję się ciągle o kaktusy, w tych zakłuciach muchy składają jaja, skutkiem czego wzdymają się pęcherze pełne wody i białych czerwi”.

Cóż wy sobie myślicie, żem się już na nic lepszego nie zdał, jak na kojec dla much? Że to na mnie muchy składają jaja? Że ja mam po sobie pęcherze pełne wody i białych czerwi?