Udałem się tedy do konsula, którego szczęśliwie zastałem w biurze.

— Mego sekretarza nie ma — rzekł mi — zechciej pan potrudzić się po trzeciej.

Schowałem paszport do kieszeni.

— Nie mogę — odpowiedziałem. — Wyjeżdżam o drugiej; muszę się tedy obejść bez wizy.

Mój interlokutor36 zbladł.

Pierwsza wiza dla konsula — to tak, jak pierwsza długa suknia dla podlotka, jak pierwszy meszek nad ustami dla młodzieńca, jak pierwszy drukowany artykuł dla literackiego embriona, jak pierwsze szlify dla podoficera, jak pierwszy pocałunek i pierwsze „kocham ciebie” dla pensjonarki.

A tu sposobność owej pierwszej wizy była i mogła przeminąć, może na zawsze!

— Panie — rzekł mi więc konsul — nie będę czekał na sekretarza, niech go tam diabli wezmą; dawaj pan paszport, zawizuję sam, byle prędzej.

Dałem więc paszport.

Interlokutor mój wyciągnął z biurka ogromną szufladę i wydobył z niej takie mnóstwo pieczęci, puszek z farbą, opłatków37, laków, że wystarczyłoby tego dla zawizowania wszystkich paszportów z całych Stanów Zjednoczonych.