— Jak tu jasno, jak dobrze i jaka ja szczęśliwa — rzekła pani Elzenowa.

Poczem, choć w pobliżu ich nie było nikogo, spytała szepcąc:

— A pan?

— Moje światło jest przy mnie! — odrzekł, przyciskając do piersi jej ramię.

I poczęli schodzić. Dzień był istotnie jeszcze jaśniejszy, niż zwykle, powietrze złote i błękitne, morze w oddali wyglądało, jak granatowe.

— Najprzód zatrzymajmy się tu — rzekła pani Elzenowa. Klatki można stąd widzieć doskonale.

Jakoż pod ich stopami rozciągało się zielone, pokryte murawą półkole, zachodzące głęboko w morze. W półkolu ustawione były w łuk na ziemi klatki z gołębiami. Co chwila któraś z nich rozpadała się nagle, spłoszony ptak zrywał się do lotu, poczem rozlegał się strzał — i gołąb spadał na majdan, albo też w morze, gdzie na fali chwiały się łódki z czekającymi na łup rybakami.

Czasem zdarzało się jednak, że strzał chybiał — wówczas gołąb leciał ku morzu, a następnie, zatoczywszy koło, wracał szukać schronienia w gzymsach domu gry.

— Stąd nie widzimy strzelców i nie wiemy, kto strzela — rzekła rozweselona pani Elzenowa — więc sobie powróżmy: jeśli pierwszy gołąb padnie, to zostaniemy w Monte Carlo, jeśli poleci, to pojedziemy do Włoch.

— Dobrze — rzekł Swirski — patrzmy! Oto już!