Upłynęło parę tygodni. Stosunki znanych nam osób nie ulegały zmianie; Szwarc nie bywał u pani Wizbergowej, za to Pełski stał się tam codziennym gościem, mimo Augustynowicza, który mu dokuczał i którego hrabia nie cierpiał.
— Jakże ci się wydaje kuzynek hrabianki? — pytał go kiedyś Szwarc.
— Przyjacielu, to jest zero.
— Cóż mu zarzucasz?
— Nic, co znaczy właśnie głupotę. Rozmawia z pannami o czym może, nosi modne surduty, glansowane rękawiczki, wiąże symetrycznie kokardę swego krawata, wychwala cnotę, gani występek, mówi że lepiej być mądrym niż nie, a jednak... o, Szwarc, to zero!
— Ryczałtowo ludzi sądzisz.
— Co znowu, ryczałtowo! Jak ci wiadomo, pierś wedle miary krawca, nie Fidyasza; a w dalszym ciągu śmiech mnie bierze, ale serce mi nie pęka, miałoby też o co pękać!
— Mów-no jaśniej.
— Cóż ci powiem? Ot, człek mierny, człek środka, tylko nie złotego, uczciwy, bo nie popełnił nic nieuczciwego i odwrotnie. A dajże mi z nim pokój! Mówmy lepiej o filozofii, albo śpiewajmy stare kontredanse, co wolisz?
— Mówmy o nim, proszę cię o to — rzekł z naciskiem Szwarc.