Pan Pełski wszedł do salonu, wkrótce za nim nadeszła i pani Wizbergowa.
Po zwykłych powitaniach rozmowa zaczęła krążyć w oceanie ogólników.
Augustynowicz mało mieszał się do niej. Siadł na fotelu i przymknął oczy z wyrazem obojętnym na wszystko. Miewał zwyczaj przymykać oczy, robiąc postrzeżenia, wtedy nic nie uszło jego uwagi.
Hrabia Pełski — zapomnieliśmy powiedzieć, iż miał ten tytuł — siedział przy Luli, kręcąc w palcach sznurek od okularów i rozmawiając z nią żywo.
— Aż do przybycia do Kijowa — mówił — nie wiedziałem nic o nieszczęściu, jakie spotkało całą naszą rodzinę, a w szczególności panią, przez śmierć szanownego jej ojca.
— Czy pan znał ojca mego? — pytała z westchnieniem Lula.
— Nie, kuzynko. Wiedziałem tylko o nieszczęśliwych sporach i procesach, różniących od lat kilkunastu nasze rodziny. Sporom tym jako małoletni, a potem nieobecny, zawsze byłem obcy i, jeżeli mam wyznać, przyjazd mój teraźniejszy miał być tylko próbą zbliżenia.
— W jakim stopniu pan był krewnym ojca mego?
— Wychowany za granicą, mało w ogóle znam stosunki familijne, w istocie np. szczęśliwemu wypadkowi winienem odkrycie, nie już pokrewieństwa, o którym wiedziałem, ale innych nie mniej ścisłych węzłów, łączących od dawna nasze rodziny.
— Wolno się spytać o ten wypadek.