Hrabianka zrozumiała myśl Malinki, nie zmieszała się jednak.
— Czarny kolor, to kolor smutku, w każdym razie to mój kolor.
— I piękny jak twoje słowo, kuzynko! — dodał Pełski.
Po herbacie siadła do fortepianu, a zza pulpitu widać było jej piękne czoło, oznaczone regularnymi brwiami. Grała jakiś smętny mazurek Szopena, a z twarzy jej nie schodziła tęsknota i niepokój.
Augustynowicz znał muzykę i z tonów odgadł stan duszy hrabianki, mimo to pomyślał:
— Tęskni, więc gra, a gra, bo kuzynek słucha.
Wracając do domu, rozmyślał jednak dłużej o Luli i o Szwarcu, niżby po jego lekkomyślnej naturze należało się spodziewać.
— E, do szatana! co to będzie? co to będzie? — pomrukiwał z cicha.
Wśród tych rozmyślań wszedł do mieszkania. Szwarc jeszcze nie spał, siedział podparty na łokciach nad jakąś książką.
— Byłeś u pani Wizbergowej?