— Stulże ty pysk! — zawołał z wściekłością Kozak. — A jak się ona zabije, to co? Ciebie rozerwę, siebie rozerwę, łeb o kamień rozbiję, ludzi będę gryzł jak pies! Ja by duszę za nią oddał, sławę kozacką oddał, uciekłby za Jahorlik hen! od pułków za świat, aby z nią, z nią żyć, przy niej zdychać... Ot, co! A ona się nożem pchnęła. I przez kogo? Przeze mnie! Nożem się pchnęła! Słyszysz?
— Nic jej nie będzie. Nie umrze.
— Jakby umarła, to ja by ciebie ćwiekami do drzwi przybił.
— Mocy ty żadnej nad nią nie masz.
— Nie mam, nie mam. Ja by wolał, żeby ona mnie nożem pchnęła; niechby i zabiła, byłoby lepiej.
— Głupia Laszka. Ot by po dobrej woli przyhołubiła się do ciebie. Gdzie lepszego znajdzie?
— Spraw ty to, a ja ci garnek dukatów nasypię, a pereł drugi. My w Barze wzięli łupu niemało i przedtem brali.
— Ty bogaty jak kniaź Jarema, i sławny. Ciebie, mówią, sam Krzywonos się boi.
Kozak ręką machnął.
— Co mnie z tego, koły serdcie bołyt5...