I znowu zapadło milczenie. Brzeg rzeki stawał się coraz dzikszy, pustszy. Białe światło księżyca nadawało fantastyczne kształty drzewom i skałom. Na koniec Horpyna rzekła:
— Tu Wraże Uroczyszcze. Trzeba razem jechać.
— Czemu?
— Tu niedobrze.
Zatrzymali konie i po chwili orszak idący z tyłu złączył się z nimi.
Bohun wspiął się na strzemionach i zajrzał w kołyskę.
— Spyt?6 — spytał.
— Spyt — odpowiedział stary Kozak — sładko jak detyna7.
— Ja jej na sen dała — odrzekła wiedźma.
— Pomału, ostorożno — mówił Bohun, wlepiając oczy w uśpioną — szczoby wy jej nie rozbudyły. Misiac jej prosto w łyczko zahladaje, serdeńku mojemu8.