— Tak jest! — rzecze pan Skrzetuski. — Musieliśmy waści hamować.
— Ale — przerwał Karwicz — gdzie jest Wierszułł?
— Pojechał już na podjazd; nie zna on spoczynku.
— Uważcie tedy, mości panowie — mówił pan Zagłoba niekontent, że mu przerwano opowiadanie — jakom tę chorągiew zdobył...
— To Wierszułł nie ranny? — pytał znów Karwicz.
— ...Nie pierwszą to już zdobyłem w życiu, ale żadna nie przyszła mi z taką pracą...
— Nie ranny, jeno potłuczony — odpowiedział pan Azulewicz, Tatar — i wody się napił, bo padł głową do stawu.
— To się dziwię, że ryby nie pozdychały — rzekł z gniewem pan Zagłoba — bo od takiej ognistej głowy musiała się woda zagotować.
— Wszelako wielki to kawaler!
— Nie tak zbyt wielki, skoro dość było na niego pół-Jana. Tfu, z waszmościami dogadać się nie można! Moglibyście się też ode mnie nauczyć, jak zdobywać chorągwie na nieprzyjacielu...