— Wiem, że to jest niepodobieństwo — rzecze Skrzetuski — ale myślę, iż po dobrych obrokach1216 jutro możemy.
Jakoż nazajutrz ruszono. Wedle ordynansów1217 książęcych mieli się wrócić do Zbaraża1218 i tam czekać dalszych rozkazów. Szli więc na Kuźmin, w bok od Felsztyna ku Wołoczyskom, skąd na Chlebanówkę wiódł stary gościniec do Zbaraża. Drogę mieli przykrą, bo padały deszcze, ale spokojną, i tylko pan Longinus, idący w sto koni naprzód, rozgromił kilka kup swawolnych1219, które się na tyłach wojsk regimentarskich zebrały. Dopiero w Wołoczyskach zatrzymali się znów na nocny wypoczynek.
Ale zaledwie zasnęli snem smacznym po długiej drodze, zbudził ich alarm i straże dały znać, że jakiś konny oddział się zbliża. Wnet jednak przyszła wieść, że to Wierszułłowa tatarska chorągiew, zatem swoi. Zagłoba, pan Longinus i mały Wołodyjowski natychmiast zebrali się w izbie Skrzetuskiego, a w ślad za nimi wpadł jak wicher oficer spod lekkiego znaku, zziajany, cały pokryty błotem, na którego spojrzawszy, Skrzetuski wykrzyknął:
— Wierszułł!
— Jam... jest! — mówił przybyły, nie mogąc oddechu złapać.
— Od księcia?
— Tak!... O tchu! Tchu!...
— Jakie wieści? Już po Chmielnickim?
— Już... po... Rzeczypospolitej!...
— Na rany Chrystusa! Co waść gadasz? Klęska?