— Toś Radziwiłł! — rzekł Bogusław.
I podali sobie ręce.
Po chwili Bogusław udał się na spoczynek. Janusz pozostał sam. Raz i drugi przeszedł ciężkim krokiem przez komnatę, na koniec zaklaskał w ręce.
Paź pokojowiec wszedł do izby.
— Niech astrolog za godzinę przyjdzie do mnie z gotową figurą — rzekł.
Paź wyszedł, a książę znów począł chodzić i odmawiać swe kalwińskie pacierze. Po czym zaczął śpiewać półgłosem psalm, przerywając często, bo mu oddechu brakło, i spoglądając od czasu do czasu przez okno na gwiazdy migocące na firmamencie.
Powoli światła gasły w zamku, ale prócz astrologa i księcia jedna jeszcze istota czuwała w swej komnacie, a mianowicie Oleńka Billewiczówna.
Klęcząc przed swym łóżkiem, splotła obie ręce na głowie i szeptała z zamkniętymi oczyma:
— Zmiłuj się nad nami... Zmiłuj się nad nami!
Pierwszy raz od czasu wyjazdu Kmicica nie chciała, nie mogła modlić się za niego.