Woskowa twarz Jana Kazimierza ożywiła się nagle.
— Co? gdzie? kto jest? — spytał.
— Ten oto szlachcic! Powiada, że z samego klasztoru jedzie.
— Zali512 klasztor już zdobyty? — zakrzyknął król.
Wtem pan Andrzej rymnął jak długi do nóg pańskich.
Jan Kazimierz pochylił się i począł podnosić go za ramiona.
— Na potem — wołał — na potem!... Wstań waść, na Boga, wstań! mów prędzej... Klasztor zdobyty?
Kmicic zerwał się ze łzami w oczach i krzyknął z zapałem:
— Nie zdobyty, miłościwy panie, i nie będzie! Szwedzi pobici! Największa armata wysadzona! Strach między nimi, głód, mizeria! O odstąpieniu myślą!...
— Chwała! Chwała Tobie, Królowo Anielska i nasza! — rzekł król.