— Którenże563 to jest taki mistrz?
— Pan Wołodyjowski.
— Dla Boga! Toż ja go znam. Cudów on pod Zbarażem564 dokazywał. A potem byłem na weselu towarzysza jego, Skrzetuskiego, który mi pierwszy z oblężonego Zbaraża wieści przywiózł. Wielcy to kawalerowie! A był z nimi i trzeci, tego całe wojsko sławiło jako największego rycerza. Gruby szlachcic, a tak krotochwilny565, żeśmy na weselu mało boków od śmiechu nie pozrywali.
— To pan Zagłoba, zgaduję! — rzekł Kmicic. — Człek to nie tylko mężny, ale dziwnych fortelów pełen.
— Cóż oni teraz czynią, nie wiesz?
— Wołodyjowski u księcia wojewody wileńskiego566 dragonami dowodził.
Król zasępił się.
— I razem z księciem wojewodą Szwedom teraz służy?
— On? Szwedom? On jest przy panu Sapieże. Sam widziałem, jak po zdradzie księcia wojewody buławę mu pod nogi cisnął.
— O, to godny żołnierz! — odrzekł król. — Od pana Sapiehy mieliśmy wiadomości z Tykocina, w którym księcia wojewodę obiegł. Niech mu Bóg szczęści! Gdyby wszyscy byli do niego podobni, już by nieprzyjaciel szwedzki pożałował swojej imprezy.