— Skarbów jasnogórskich przed poganami bronić! — dodał Rzędzian.
— Którzy symulują, że w Pana Jezusa wierzą, chcąc bezecność swą pokryć, a w rzeczy, jakem to już powiadał, do miesiąca jako psi wyją i na tym cała ich wiara polega.
— I tacy to ręce na splendory jasnogórskie podnoszą!
— W sednoś waszmość utrafił, mówiąc o ich wierze — rzekł Wołodyjowski do Zagłoby — bo ja sam słyszałem, jak do miesiąca wyli. Powiadali później, że to ich luterskie psalmy, ale to pewna, że takie psalmy i psi śpiewają.
— Jakże to? — rzekł pan Roch — samiż między nimi tacy synowie?
— Nie masz innych! — rzekł z głębokim przekonaniem pan Zagłoba.
— I król ich nie lepszy?
— Król ich gorszy od wszystkich. On to tę wojnę podniósł umyślnie, aby mógł prawdziwej wierze do woli po kościołach bluźnić.
Na to podniósł się pan Roch, mocno już podpiły, i rzekł:
— Jeżeli tak, tedy jako mnie tu, waszmościowie, widzicie, jakem Kowalski! tak w pierwszej bitwie prosto na króla szwedzkiego skoczę! Choćby też stał w największej gęstwie, nic to! Moja śmierć albo jego!... a taki kopią się do niego złożę... Miejcie mnie waćpanowie za kpa, jeśli tego nie uczynię!