— W tym jeno trudność, jak by ją w tamte strony w dzisiejszych niespokojnych czasiech931 wysłać. Trzeba by z kilkaset ludzi, a ja Zamościa ogałacać nie mogę. Gdybym to znalazł kogo, co by ją w bezpieczeństwie dowiózł... Ot, waćpan mógłbyś się podjąć, bo i tak do pana Sapiehy idziesz. Dałbym ci listy... a waćpan dałbyś mi kawalerski parol932, że ją bezpiecznie doprowadzisz.
— Ja mam ją do pana Sapiehy prowadzić? — rzekł ze zdumieniem Kmicic.
— Alboż to taka funkcja niemiła?... Choćby też i do afektu933 po drodze przyszło?
— Ehe! — rzekł Kmicic — już tam moje afekta kto inny dzierżawi, a choć tenuty934 mi nie płaci, przecie dzierżawcy zmieniać nie myślę.
— Tym lepiej, z tym większą spokojnością ci ją powierzę.
Nastała chwila milczenia.
— Co? podjąłbyś się? — spytał starosta
— Z Tatarami idę.
— Powiadali mi ludzie, że się Tatarzy waćpana gorzej ognia boją. No, co? podjąłbyś się?
— Hm! dlaczego by nie, gdybym waszą wielmożność miał tym zobowiązać... Jeno...