— Zaraz... niech odpocznę...
Kmicic patrzył na niego. Książę nie zmienił się wiele, jeno febra ściągnęła mu twarz. Ubielony był jak zwykle i na jagodach pomalowany barwiczką, ale właśnie dlatego, gdy leżał tak z zamkniętymi oczyma i z głową przechyloną, podobny był trochę do trupa albo woskowej figury.
Pan Andrzej stał przed nim w świetle świecznika. Książęce powieki poczęły się otwierać leniwie, nagle otworzyły się zupełnie i jakoby płomień przeleciał mu przez twarz. Lecz trwało to przez oka mgnienie, po czym znów zamknął oczy.
– Jeśliś jest duch, nie boję się ciebie — rzekł — ale przepadnij!
— Przyjechałem z pismem od hetmana — odpowiedział Kmicic.
Bogusław wzdrygnął się nieznacznie, jakoby się chciał z mar otrząsnąć; następnie popatrzył na Kmicica i ozwał się:
— Chybiłem waćpana?
— Nie ze wszystkim — odpowiedział ponuro pan Andrzej, ukazując palcem na bliznę.
— To już drugi!... — mruknął na wpół do siebie książę.
I głośno dodał: