Kmicic rozśmiał się.
— Nie pojedziesz wcale do Taurogów, pojedziesz ze mną.
— Wedle rozkazu! — odpowiedział wachmistrz, starając się nie pokazać po sobie ukontentowania1685.
Jakoż pojechali razem. Droga była długa, bo należało okładać lasami, aby nie wpaść na Bogusława, za to Kmicic i Soroka wyspali się setnie i bez żadnej przygody przybyli do Tatarów.
Akbah-Ułan stawił się zaraz przed Babiniczem i zdał mu relację ze swych czynności. Pan Andrzej kontent z nich był: wszystkie mosty zostały popalone, groble poniszczone; nie dość na tym: wody z wiosną rozlały, zmieniwszy pola, łąki i niższe drogi w grząskie błoto.
Bogusław nie miał innego wyboru, jak bić się, zwyciężyć lub zginąć. O odwrocie niepodobna mu było myśleć.
— Dobrze — rzekł Kmicic — zacną ma rajtarię, ale ciężką. Nie będzie z niej na dzisiejsze błota użytku.
Po czym zwrócił się do Akbah-Ułana.
— Schudłeś! — rzekł, uderzając go w brzuch pięścią — ale po bitwie dukatami książęcymi sobie kałdun1686 napełnisz.
— Bóg stworzył nieprzyjaciół, aby mężowie wojenni łup z kogo brać mieli — odrzekł poważnie Tatar.