Na to pan Czarniecki:
— Będą oni tańcowali, niech jeno pan marszałek Lubomirski1806 nadciągnie ze swoim wojskiem, które na pięć tysięcy liczą.
— Lada chwila go nie widać — rzekł pan Wołodyjowski.
— Przyjechało dziś kilku szlachty podgórskiej — ozwał się Zagłoba — ci zapewniają, że wielkimi i pilnymi drogami idzie, ale czy się zechce z nami połączyć, miast na swoją rękę wojować, to inna rzecz!
— Czemu to? — spytał pan Czarniecki, bystro patrząc na Zagłobę.
— Bo to człek nadzwyczajnej ambicji i o sławę zazdrosny. Znam go siła1807 lat i byłem mu konfidentem1808. Poznałem go, gdy był młodym jeszcze panięciem, na dworze pana krakowskiego, Stanisława1809. Fechtów się wonczas od Francuzów i Włochów uczył i okrutnie się na mnie rozgniewał, gdym mu powiedział, że to kpy, z których żaden mi nie zdzierży. Uczyniliśmy parol1810 i samem ich siedmiu jednego po drugim rozciągnął. On zaś ode mnie się dalej uczył nie tylko fechtów, ale i sztuki wojennej. Dowcip1811 miał z przyrodzenia trochę tępy, ale co umie, to ode mnie.
— Takiż to z waści mistrz? — spytał Polanowski.
— Exemplum1812: pan Wołodyjowski, drugi mój uczeń. Z tego mam prawdziwą pociechę.
— Prawda, żeś to waszmość Swena usiekł?
— Swena? Gdyby się to któremu z waszmościów zdarzyło, miałby przez całe życie co opowiadać, jeszcze by sąsiadów spraszał, by im przy winie jedno w kółko powtarzać, ale ja o to nie dbam, bo gdybym chciał wyliczać, mógłbym takimi Swenami drogę do samego Sandomierza wymościć. Może bym nie mógł? Powiedzcie, którzy mnie znacie.