— Mógłby wuj! — ozwał się Roch Kowalski.
Pan Czarniecki nie słyszał dalszego ciągu rozmowy, bo się głęboko nad słowami Zagłoby zamyślił. Znał i on ambicję pana Lubomirskiego i nie wątpił, że albo zechce mu swoją wolę narzucać, albo na własną rękę będzie działał, chociażby to szkodę Rzeczypospolitej przynieść miało.
Więc surowe jego oblicze sposępniało i począł brodę kręcić.
— Oho! — szepnął do Skrzetuskiego Jana Zagłoba — już tam Czarniecki coś gorzkiego żuje, bo mu się twarz do orłowej podobna uczyniła, rychło tu kogo podziobie.
Wtem pan Czarniecki ozwał się:
— Trzeba, by który z waszmościów z listem ode mnie do pana Lubomirskiego pojechał.
— Jam mu znajomy i podejmuję się — rzekł pan Jan Skrzetuski.
— Dobrze — odparł wódz — im kto znamienitszy, tym lepiej...
Zagłoba zwrócił się do Wołodyjowskiego i znów szepnął:
— Już i przez nos mówi, znak to wielkiej alteracji1813.