— Do Wodoktów! wszyscy! — huknął znowu pan Zagłoba.
— Do Wodoktów! do Wodoktów! — wrzasnęło tysiąc ust. — W swaty do Wodoktów, z panem Kmicicem, z naszym zbawcą! Do panienki! do Wodoktów!
I ruch uczynił się ogromny. Lauda siadła na koń; z tłumów, kto żyw, dopadał wozów, bryczek, wasągów2513, podjezdków2514. Piesi na przełaj poczęli biec przez lasy i pola. Okrzyk: „Do Wodoktów!”, brzmiał w całym miasteczku. Drogi zaroiły się różnobarwnymi kupami ludzi.
Pan Kmicic jechał w skarbniczku między Wołodyjowskim i Zagłobą i raz wraz któregoś brał w ramiona. Mówić jeszcze nie mógł, bo zbyt był wzruszony, zresztą pędzili tak, jakby Tatarzy na Upitę napadli. Wszystkie bryki i wozy pędziły tak samo koło nich.
Byli już dobrze za miastem, gdy nagle pan Wołodyjowski pochylił się do ucha Kmicica:
— Jędrek — spytał się — a nie wiesz, gdzie tamta?
— W Wodoktach! — odpowiedział rycerz.
Wówczas, czy wiatr począł tak poruszać wąsikami pana Michała, czy wzruszenie, nie wiadomo, dość, że przez całą drogę nie przestawały wysuwać się naprzód, jakby dwa szydła lub dwie macki chrabąszcza.
Pan Zagłoba śpiewał z radości tak okrutnym basem, że aż się konie płoszyły:
Dwoje nas było, Kasieńko, dwoje na świecie,