— Stój — rozległ się nagle głos jadącego w przedzie pana Rocha.
— Bodaj ci kula w pysku stanęła! — mruknął głos przy wozie.
— Co tam? — pytali żołnierze jedni drugich.
— Stój! — zabrzmiała powtórnie komenda.
Wóz stanął. Żołnierze wstrzymali konie. Dzień był pogodny, jasny. Słońce już weszło i przy jego blaskach widać było na gościńcu w przedzie wznoszące się kłęby kurzawy, jakoby stada albo wojsko szło naprzeciw.
Wkrótce w kurzawie poczęło błyskać, rzekłbyś, że kto iskry wśród kłębów rozsypuje, i światełka migotały coraz wyraźniej niby świece jarzące, dymem otoczone.
— To groty połyskują! — zawołał pan Wołodyjowski.
— Wojsko idzie.
— Pewnie szwedzki jaki oddział.
— U nich tylko piechota ma włócznie, a tam kurzawa szybko się porusza. To jazda, to nasi!