— Co to jest? łotry!... Nie wiecie, ktom jest!... — krzyknął wreszcie.
Wtem Kmicic trącił go lufą od krócicy między łopatki.
— Na nic opór, bo kula w krzyż! — zakrzyknął.
— Zdrajco! — rzekł książę.
— A ty kto? — odparł Kmicic.
I mknęli dalej.
Rozdział XXVI
Biegli długo borem, pędząc tak, że sosny przydrożne zdawały się uciekać w tył w popłochu; mijali karczmy, chaty pobereżników, smolarnie, a czasem wozy ciągnące pojedynczo lub po kilka ku Pilwiszkom. Od chwili do chwili książę Bogusław przechylał się w kulbace, jakby chcąc próbować oporu, ale wówczas ramiona jego wykręcały się jeno boleśniej w żelaznych rękach Kmicicowych żołnierzy, a pan Andrzej przykładał mu znów lufę między łopatki i biegli dalej. Kapelusz księciu spadł — wiatr rozwiewał bujne, jasne sploty jego peruki — i biegli dalej, aż biała piana poczęła spadać płatami z koni.
Na koniec trzeba było zwolnić, bo ludziom i koniom tchu zbrakło, a Pilwiszki pozostały tak daleko, że wszelka możliwość pogoni znikła. Jechali tedy czas jakiś stępą i w milczeniu, przesłonięci tumanem pary, która buchała z rumaków.
Książę przez długi czas nie odzywał się wcale, widocznie starał się uspokoić i odzyskać zimną krew, aż gdy tego dokazał, wówczas spytał: