— A chodź no sam! Nie będziesz z chaszczów gardła darł. Bliżej! bliżej!
— Na parol?
— Parol dla rycerstwa, nie dla zbójów. Chcesz — wierz, nie chcesz — nie wierz!
— We dwóch można-li?
— Można!
Po chwili z zarośli, odległych na sto kroków, wynurzyło się dwóch ludzi wysokich i pleczystych. Jeden, nieco pochylony, musiał być człekiem wiekowym, drugi szedł prosto, jeno szyję wyciągał ciekawie ku chacie; obaj mieli na sobie półkożuszki oszyte szarym suknem, jakie nosiła pomniejsza szlachta, wysokie jałowicze buty i kapuzy644 futrzane, naciśnięte na oczy.
— Kiej diabeł! — mruknął Kmicic, przypatrując się pilnie dwom mężom.
— Panie pułkowniku — zawołał Soroka — cud chyba, ale to nasi ludzie!
Tamci tymczasem zbliżyli się o kilka kroków, ale nie mogli rozpoznać stojących przy chacie, bo ich zakrywały konie.
Nagle Kmicic wysunął się naprzód.