Wszelako nadchodzący nie poznali go, bo twarz miał obwiązaną, wstrzymali się jednak i poczęli mierzyć go ciekawie i niespokojnie oczyma.
— A gdzie drugi syn, panie Kiemlicz? — spytał pan Andrzej — czy aby nie poległ?
— Kto to? jak to? co? kto mówi? co? — rzekł stary dziwnym, jakby przestraszonym głosem.
I stanął nieruchomie, otworzywszy szeroko usta i oczy: wtem syn, który jako młodszy, miał wzrok bystrzejszy, zerwał nagle czapkę z głowy.
— O dla Boga! Jezu!... Ociec, to pan pułkownik! — zakrzyknął.
— Jezu! o słodki Jezu! — zawtórował stary — to pan Kmicic!!
I obaj stanęli w nieruchomej postawie, w jakiej podkomendni witają swych naczelników, a na twarzach ich malowały się równocześnie przestrach i zdumienie.
— Ha! tacy synowie! — rzekł, uśmiechając się, pan Andrzej — to z garłacza mnie witacie?
Tu stary zerwał się i począł krzyczeć:
— A bywajcie tu wszyscy! Bywajcie!