— Czy listy są, czy ich nie ma (mówił), hetman nie wie, że zginęły, i będzie się bał, żebym ich nie opublikował. Mam go w ręku... chytrość na chytrość! Zagrożę mu, że wojewodzie witebskiemu poślę. Tak jest! W Bogu nadzieja, że się tego zlęknie.
Dalsze rozmyślania przerwał mu stary Kiemlicz, który wyszedłszy z komory, rzekł:
— Kart jest trzy, ale nie ma piór i inkaustu.
— Nie ma piór? A ptactwa tu jakowego nie ma w lesie? Choćby z rusznicy ustrzelić.
— Jest jastrząb przybity nad szopą.
— Dawaj skrzydło, ruszaj!
Kiemlicz pomknął co prędzej, bo w głosie Kmicica była niecierpliwość i jakoby gorączka. Po chwili wrócił ze skrzydłem jastrzębim. Kmicic chwycił je, wyrwał lotkę i począł ją temperować własnym puginałem.
— Ujdzie! — rzekł, patrząc pod światło — ale łatwiej łby ludziom zacinać niż pióra! A teraz trzeba inkaustu.
To rzekłszy, odwinął rękaw, zakłuł się silnie w rękę i umoczył pióro we krwi.
— Ruszaj sobie, mości Kiemlicz — rzekł — i ostaw mnie.