— Masz waść! — rzekł starosta.
— Wszystko się tak sprawdza, że ślepy chybaby wątpił! — odrzekł Kmicic.
— Przeto i Szwedzi nie mogą być zwyciężeni — odrzekł starosta.
— Aż przyjdzie ten, który duszy nie oszczędzi dla miłości prawdy! — zakrzyknął Kmicic. — Nadzieję proroctwo zostawuje! Więc nie sąd, jeno zbawienie nas czeka!
— Sodoma864 miała być oszczędzona, gdyby w niej dziesięciu sprawiedliwych się znalazło — odrzekł starosta — ale się ich i tylu nie znalazło. Tak samo nie znajdzie się ów, który duszy nie oszczędzi dla miłości prawdy, i godzina sądu wybije.
— Panie starosto, panie starosto, nie może być! — odrzekł Kmicic.
Nim pan starosta odpowiedział, drzwi się otwarły i do izby wszedł niemłody już człowiek, w pancerzu i z muszkietem w ręku.
— Pan Szczebrzycki? — pytał starosta.
— Tak jest — odpowiedział nowo przybyły — słyszałem, iż hultajstwo jaśnie wielmożnego pana obiegło, i na ratunek z czeladzią pospieszam.
— Bez woli bożej włos człowiekowi z głowy nie spadnie — odrzekł starzec. — Już mnie ten kawaler z opresji uwolnił... A waść skąd jedziesz?