— Deputaci wojskowi już są w Krakowie. Zresztą, nie mogą inaczej uczynić, bo nie mają wyboru. Jeśli do nas nie przejdą, Chmielnicki ich do nogi wytępi.
Lisola pochylił swą rozumną głowę na piersi.
— Straszne, niesłychane rzeczy! — rzekł.
Rozmowa była prowadzona w niemieckim języku. Kmicic nie tracił z niej ani jednego słowa.
— Ekscelencjo — odpowiedział Wrzeszczowicz — co się stało, to się stać musiało.
— Może być; trudno jednak nie mieć kompasji881 dla tej potęgi, która w oczach naszych upadła, i kto nie jest Szwedem, boleć nad tym musi.
— Ja nie jestem Szwedem, ale gdy sami Polacy nie boleją, nie poczuwam się i ja do tego — odparł Wrzeszczowicz.
Lisola spojrzał na niego uważnie.
— Prawda, że nazwisko waszmości nieszwedzkie. Z jakiego narodu, proszę?
— Jestem Czech.