— Babinicz poszedł na ochotnika prochami kolubrynę rozsadzać.
— Jak to? Co?
— Wziął kiszkę z prochem, sznur, krzesiwo... i poszedł. — Pan Zamoyski ścisnął sobie głowę dłońmi.
— Jezus Maria! Jezus Maria! — rzekł. — Sam jeden?
— Sam jeden.
— Kto jemu pozwolił? Toż to jest niepodobieństwo!...
— Ja! Dla mocy bożej wszystko jest podobne, nawet i powrót jego szczęśliwy! — odpowiedział ksiądz Kordecki.
Zamoyski umilkł. Czarniecki począł parskać ze wzruszenia.
— Módlmy się! — rzekł ksiądz.
Klękli we trzech i zaczęli się modlić. Ale niepokój podnosił włosy na głowie dwom rycerzom. Upłynął kwadrans, potem pół godziny, potem godzina, długa jak wieki.