— Już chyba nic nie będzie! — rzekł pan Piotr Czarniecki.
I odetchnął głęboko.
Nagle w dalekości buchnął olbrzymi słup ognia i huk, jakby wszystkie gromy nieba zwaliły się na ziemię, wstrząsnął murami, kościołem i klasztorem.
— Wysadził! wysadził! — począł krzyczeć pan Czarniecki.
Nowe eksplozje przerwały mu dalsze słowa.
A ksiądz rzucił się na kolana i wzniósłszy ręce do góry, wołał ku niebu:
— Matko Najświętsza! Opiekunko, Patronko, wróć go szczęśliwie!
Gwar uczynił się na murach. Załoga, nie wiedząc, co się stało, chwyciła za broń. Z cel poczęli wypadać zakonnicy. Nikt już nie spał. Nawet niewiasty zerwały się ze snu. Pytania i odpowiedzi zaczęły się krzyżować jak błyskawice.
— Co się stało?
— Szturm!