Na koniec noc poczęła blednąc, lecz Babinicz nie wracał do twierdzy.
Rozdział XVIII
Co tedy działo się z panem Andrzejem i jakim sposobem zdołał przywieść swój zamiar do skutku?
Wyszedłszy z twierdzy, postępował czas jakiś krokiem pewnym i ostrożnym. Przy samym końcu pochyłości przystanął i słuchał. Cicho było naokół, za cicho nawet, tak że kroki jego chrzęściły wyraźnie po śniegu. W miarę też jak oddalał się od murów, postępował coraz przezorniej. I znowu stanął, i znowu słuchał. Bał się trochę pośliznąć i upaść, a to aby swej drogocennej kiszki nie zamoczyć, więc wydobył rapier i wspierał się na jego ostrzu. Pomogło to wielce.
Tak macając przed sobą drogę, po upływie pół godziny usłyszał lekki szmer wprost przed sobą.
„Ha! czuwają... Wycieczka nauczyła ich ostrożności!” — pomyślał.
I szedł dalej bardzo już wolno. Cieszyło go to, że nie zbłądził, bo ciemność była taka, że końca rapieru nie mógł dojrzeć.
— Tamte szańce są znacznie dalej... więc idę dobrze! — szepnął sobie.
Spodziewał się też nie zastać przed szańcem ludzi, bo właściwie mówiąc, nie mieli tam nic do roboty, zwłaszcza po nocy. Mogło tylko być, że na jakieś sto lub mniej kroków stały pojedyncze straże, ale miał nadzieję łatwo je przy takiej ciemności wyminąć.
W duszy było mu wesoło.