— Witajże nam, witaj, miły hospodynie!...
Mrok już nasycał powietrze, gdy orszak królewski ruszył dalej. Za wąwozem roztoczyła się szersza dolina, której drugi koniec gubił się w oddaleniu. Blaski gasły naokoło, tylko w jednym miejscu niebo świeciło się jeszcze czerwono.
Król począł odmawiać Ave Maria, za nim inni w skupieniu ducha powtarzali pobożne słowa.
Ziemia rodzinna, dawno nie widziana, góry pokrywające się nocą, gasnące zorze, modlitwy, wszystko to nastroiło uroczyście serca i umysły, więc po ukończonych modlitwach jechali w milczeniu król, dygnitarze i rycerze.
Następnie noc zapadła, jeno we wschodniej stronie niebo świeciło się coraz czerwieniej.
— Pojedziem ku tym zorzom — rzekł wreszcie król — dziw, że jeszcze świecą.
Wtem przycwałował Kmicic.
— Miłościwy panie! to pożar! — zakrzyknął.
Zatrzymali się wszyscy.
— Jakże to? — pytał król — mnie się widzi, że to zorza!...