Tu przerwał i spojrzał ze zdumieniem na robotnika, którego oczy zaświeciły nagle jak oczy zwierza, a twarz przybrała wyraz dzikiego gniewu i groźby.

— Co tobie jest? — zapytał prawie z przestrachem.

— Nic, ojcze. Zabiję jutro Glauka!...

Lecz Grek umilkł; po chwili wziąwszy za ramiona robotnika, zwrócił go tak, aby światło księżyca padało wprost na jego twarz, i począł mu się przypatrywać uważnie. Widocznym było, że w duszy wahał się, czy go pytać dalej i wydobyć wszystko na jaw, czy też na razie poprzestać na tym, czego się dowiedział lub domyślił.

W końcu jednak wrodzona mu ostrożność przemogła.

Odetchnął głęboko raz i drugi, po czym, położywszy znów dłoń na głowie robotnika, spytał uroczystym, dobitnym głosem:

— Wszakże na chrzcie świętym dano ci imię Urbana?

— Tak jest, ojcze.

— A zatem niech pokój będzie z tobą, Urbanie.

Rozdział osiemnasty