Zbudził się dopiero wieczorem, a raczej zbudziła go niewolnica wzywając go, by wstawał, albowiem ktoś szuka go i chce się z nim widzieć w pilnej sprawie.

Czujny Chilo oprzytomniał w jednej chwili, zarzucił naprędce płaszcz z kapturem i kazawszy się niewolnicy usunąć na bok, wyjrzał naprzód ostrożnie na zewnątrz.

I zmartwiał! Albowiem przez drzwi cubiculum ujrzał olbrzymią postać Ursusa.

Na ów widok uczuł, że nogi i głowa jego stają się zimne jak lód, serce przestaje bić w piersiach, po krzyżu chodzą roje mrówek... Czas jakiś nie mógł przemówić, następnie jednak, szczękając zębami, rzekł, a raczej wyjęczał:

— Syro! Nie ma mnie... nie znam... tego... dobrego człowieka...

— Powiedziałam mu, że jesteś i że śpisz, panie — odrzekła dziewczyna — on zaś żądał, by cię rozbudzić...

— O bogi!... Każę cię...

Lecz Ursus, jakby zniecierpliwiony zwłoką, zbliżył się do drzwi cubiculum i schyliwszy się wsadził do wnętrza głowę.

— Chilonie Chilonidesie! — rzekł.

— Pax tecum! Pax, pax!300 — odpowiedział Chilon. — O najlepszy z chrześcijan! Tak! Jestem Chilonem, ale to omyłka... Nie znam cię!