Na te słowa wszystkie oczy zwróciły się ku ławkom; nawet ci, którzy już wisieli na krzyżach, podnieśli blade, umęczone głowy i poczęli patrzeć w stronę mówiącego męża.
A on zbliżył się aż do przegrody otaczającej arenę i począł ich żegnać znakiem krzyża.
Kryspus wyciągnął ku niemu ramię, jakby chcąc go zgromić, lecz ujrzawszy jego twarz opuścił dłoń, po czym kolana zgięły się pod nim, a usta wyszeptały:
— Apostoł Paweł!...
Ku wielkiemu zdziwieniu cyrkowej służby poklękali wszyscy, których nie zdążono dotąd poprzybijać, zaś Paweł z Tarsu zwrócił się do Kryspa i rzekł:
— Kryspie, nie groź im, albowiem dziś jeszcze będą z tobą w raju. Ty mniemasz, że mogą być potępieni? Lecz któż je potępi? Zali uczyni to Bóg, który oddał za nie Syna swego? Zali Chrystus, który umarł dla ich zbawienia, jako oni umierają dla imienia Jego? I jakoż może potępić Ten, który miłuje? Kto będzie skarżył na wybrane Boże? Kto powie na tę krew: „Przeklęta”?...
— Panie, nienawidziłem złego — odrzekł stary kapłan.
— Chrystus więcej jeszcze nakazał miłować ludzi niż nienawidzić złego, albowiem nauka Jego miłością jest, nie nienawiścią.
— Zgrzeszyłem w godzinę śmierci — odrzekł Kryspus.
I począł się bić w piersi.