— Chyba nie może być — ozwał się Witeliusz.
— A czy ja nie mówiłem! — wtrącił Westynus. — Mordujcie sobie chrześcijan, ale wierzajcie mi, nie wojujcie z ich bóstwem. Tu nie ma żartów!... Patrzcie, co się dzieje! Ja tam nie paliłem Rzymu, ale gdyby mi cezar pozwolił, zaraz bym dał hekatombę ich bóstwu. I wszyscy powinni to samo uczynić, bo powtarzam: z nim nie ma żartów! Pamiętajcie, żem wam to mówił.
— A ja mówiłem co innego — rzekł Petroniusz. — Tygellin śmiał się, gdym twierdził, że oni się bronią, a ja teraz powiem więcej: oni zdobywają!
— Jak to? Jak to? — spytało kilka głosów.
— Na Polluksa!... Bo jeśli taki Chilo im się nie oparł, któż im się oprze? Jeśli myślicie, że po każdym widowisku nie przybywa chrześcijan, tedy z waszą znajomością Rzymu zostańcie kotlarzami lub zacznijcie brody golić, wówczas bowiem będziecie lepiej wiedzieli, co lud myśli i co się w mieście dzieje.
— Mówi czystą prawdę, na święte peplum Diany! — zawołał Westynus.
Lecz Barkus zwrócił się do Petroniusza:
— Do czego prowadzisz?
— Kończę na tym, od czegoście zaczęli: dość już krwi!
A Tygellin spojrzał na niego szydersko i rzekł: