Panna Marynia wstała i wziąwszy flaszeczkę, stojącą na szafce nocnej, poczęła nalewać pod światło lampki krople na łyżeczkę, następnie podała je Litce, a gdy dziewczynka skończyła pić, przycisnęła usta do jej czoła.
Nastała chwila milczenia, poczem dziecko rzekło, jakby samo do siebie:
— Nie trzeba mamy budzić.
— Nie; nikt nie będzie budził — odpowiedział Połaniecki. — Wszystko tak będzie, jak Lituś chce.
I począł gładzić jej rączkę, leżącą na kołdrze.
Ona zaś patrzyła na niego, powtarzając, jak miała zwyczaj:
— Pan Stach... pan Stach...
Przez chwilę zdawało się, że uśnie, ale dziecko widocznie rozmyślało o czemś z wielkiem wysileniem, albowiem brwi jego podnosiły się do góry; wreszcie, otworzywszy oczy, jęła spoglądać kolejno to na Połanieckiego, to na pannę Marynię.
W pokoju słychać było tylko dźwięk deszczu o szyby.
— Co ci jest, dziecinko? — spytała panna Marynia.