— Tak. Są tacy, są! Jest takich pełno, ale ja do nich nie należę.
Pan Pławicki wsparł głowę na ręku i z ust jego wyszło coś w rodzaju monologu:
— Że też zawsze i wszędzie gdzieś, komuś, ktoś, coś...
Tu westchnął i po chwili dodał:
— A mnie nigdy i nigdzie, nikt, nic...
A Połanieckiemu przyszła nagle równie okrutna jak pusta myśl do głowy, by rozweselić pana Pławickiego, więc rzekł:
— E, ona umarła w Rzymie, a tutejszy testament dawniej pisany, przedtem zaś także istniał, jak słyszałem, całkiem inny. Kto wie, czy z Rzymu nie nadejdzie jaki kodycylek i czy się wujaszek nie obudzi którego dnia milionerem.
— Nie przyjdzie! — odpowiedział pan Pławicki.
Lecz słowa Połanieckiego poruszyły go; począł na niego spoglądać, począł się kręcić, jakby krzesło, na którem siedział, było łożem madejowem — wreszcie rzekł:
— I ty uważasz, że to jest możliwe?