— On? czy nie on?
Drzwi się otworzyły — to był on.
Wszedł jak wilk, z głową spuszczoną, z twarzą ponurą i widocznie bardzo niepewny, jak zostanie przyjęty; ale ona na jego widok zerwała się z bijącem jak u ptaka sercem, z rozpromienionym wzrokiem, szczęśliwa, ujęta niezmiernie tem, że wrócił — i pierwsza podbiegłszy ku niemu, położyła mu ręce na ramionach.
— A jaki dobry! jaki poczciwy! — poczęła mówić. — A czy pan wie, że ja chciałam już pisać do pana?
Połaniecki, przycisnąwszy jej ręce do ust, milczał przez czas jakiś, wreszcie rzekł:
— Pani mnie powinna kazać zrzucić ze schodów.
I w uniesieniu wdzięczności, przycisnąwszy ją do siebie, począł całować jej usta, oczy, skronie i włosy, które rozwiązały się w uścisku. W takich chwilach zdawało mu się zawsze, że odnajduje wszystko, co stanowi zupełną i wielką miłość. Wreszcie puścił ją i mówił dalej:
— Pani jest za dobra. Chociaż to lepiej, bo to mnie ogromnie podbija. Przyszedłem panią przeprosić — nic więcej. Ja zaraz ochłonąłem... Nawymyślałem sobie od ostatnich słów i nie umiem powiedzieć, jak mi było żal. Chodziłem po ulicy, myślałem, że może panią zobaczę w oknie i że z twarzy pani poznam, czy mogę wrócić. Potem nie mogłem wytrzymać i przyszedłem...
— To ja przepraszam, to moja wina. Widzi pan podarty papier — pisałam i pisałam.
Ale on pożerał teraz oczyma jej włosy, które upinała pośpiesznie. Z zarumienioną twarzą, od której biła radość, ze śmiejącemi się od szczęścia oczyma, wydała mu się piękniejszą, niż kiedykolwiek i tak pożądaną, jak nigdy.