Tymczasem dojechali do kościoła. Wróciwszy po mszy do hotelu, zastali już Bukackiego, przybranego jak do drogi w kraciaste szare ubranie, które na jego wątłe ciało wydawało się za obszerne, w żółte trzewiki i fantastyczny krawat, zawiązany z równą fantazyą, jak niedbałością.
— Jadę dzisiaj — rzekł, przywitawszy się z Marynią. — Czy pani każe przygotować mieszkanie we Florencyi? Mogę nająć jaki pałac.
— To pan zatrzymuje się po drodze do Rzymu?
— Tak jest. Naprzód dlatego, żeby dać znać w Galeryi, że przyjedziecie — i żeby położono dywan na schodach, powtóre dla czarnej kawy, która wogóle we Włoszech jest zła, a we Florencyi u Giacosa wyjątkowo doskonała... via Tornabuoni... To zresztą jedyna rzecz coś warta we Florencyi...
— Co pan ma za przyjemność mówić zawsze co innego, niż pan myśli...
— Owszem, myślę szczerze nająć wam jakie ładne mieszkanko na Lung-Arno.
— My się zatrzymujemy w Weronie.
— Dla Romea i Julii? Owszem, owszem! Póki jeszcze nie wzruszacie ramionami, myśląc o nich — jedźcie. Za jaki miesiąc byłoby już może zapóźno.
Marynia fuknęła na niego jak kotka, poczem zwróciwszy się do męża, rzekła:
— Stachu, nie pozwól temu panu tak mi dokuczać.