Bukacki umyślnie nie wymienił Krzemienia, wiedząc doskonale, jakiej rozterki był on powodem między Połanieckim a Marynią — i przez delikatność dla Maryni.
Lecz Połaniecki, zrozumiawszy jego intencyę, ozwał się:
— Ach Boże! Niegdyś unikaliśmy tego wyrazu, jak dotknięcia bolączki, ale teraz — przy żonie — to przecie co innego... Trudno się całe życie krępować.
Bukacki spojrzał na niego bystro, Marynia zaś zarumieniła się i rzekła:
— Staś ma zupełną słuszność. Zresztą wiem, że chodzi o Krzemień.
— A tak, chodzi o Krzemień.
— No i cóż? — spytał Połaniecki.
— Nie kupiłbym go, choćby dla tego samego, żeby pani nie miała wrażenia, że tak nim ludzie rzucają, jak piłką.
Marynia zarumieniła się jeszcze więcej i rzekła:
— Kiedy ja już wcale nie myślę o Krzemieniu.