I spojrzała na męża, on zaś kiwnął na znak zadowolenia i pochwały.
— To dowód — odpowiedział — że jesteś rozsądne dziecko.
— Przyczem — mówiła dalej Marynia — jeśli pan Maszko się nie utrzyma, to Krzemień albo się rozpadnie, albo pójdzie w lichwiarskie ręce, a to jednak byłoby mi przykro...
— Aha! — rzekł Bukacki — skoro jednak pani wcale nie myśli już o Krzemieniu?
Marynia spojrzała znów na męża i tym razem już z niepokojem, on zaś począł się śmiać.
— Złapała się Marynia — rzekł.
Poczem zwrócił się do Bukackiego:
— Widocznie Maszko widzi w tobie jedyną deskę ratunku.
— Ale ja nie jestem deska... patrz na mnie... raczej słomka. Kto się zechce ratować przez schwytanie takiej słomki, zginie, utonie... Zresztą sam Maszko nieraz mi mówił: „Masz przytępione nerwy”. Może i mam! Ale właśnie dlatego potrzebuję silnych wrażeń... Gdybym Maszce pomógł, wygrzebałby się, stanąłby na nogach, udawałby dalej lorda, żona jego udawałaby wielką panią, byliby okropnie „comme il faut...” — i miałbym nudną komedyę, którą już widziałem i na której ziewałem. Przeciwnie, jeśli mu nie pomogę, zrujnuje się, zginie, zdarzą się jakieś zajmujące a niespodziewane wypadki, zdarzyć się może coś tragicznego, co mnie więcej zajmie. Teraz pomyślcie państwo: za lichą komedyę musiałbym zapłacić, i to drogo — tragedyę mogę mieć darmo. Jak tu się wahać?
— Fe! jak pan może mówić takie rzeczy! — zawołała Marynia.