— Jaka ona zgrabna!
Po chwili Maszkowie poczęli się żegnać. Maszko, całując na odchodnem rękę pani Połanieckiej, rzekł:
— Mnie może wypadnie wkrótce wyjechać do Petersburga — niech pani pamięta trochę przez ten czas o mojej żonie.
W czasie herbaty, Marynia przypomniała Zawiłowskiemu obietnicę, jaką jej uczynił za pierwszą bytnością, że jej przyniesie i odczyta waryant wiersza Na progu — on zaś tak przylgnął od razu do Połanieckich, że odczytał nietylko waryant, ale i drugi wiersz, który był poprzednio napisał. Znać było po nim, że sam dziwi się własnej odwadze i ochocie — to też po odczytaniu i wysłuchaniu pochwał, które były naprawdę szczere, rzekł:
— Ja równie szczerze mówię, że z państwem, za trzeciem widzeniem się, to się tak jakoś jest, jakby się od dawna znało. Aż mi to dziwne.
Połaniecki przypomniał sobie, że niegdyś powiedział coś podobnego Maryni w Krzemieniu — ale przyjął to teraz, jakby należało się i jemu.
Zawiłowski zaś ją wyłącznie miał na myśli: po prostu zachwycała go i swoją prostą dobrocią i twarzą.
Gdy odszedł, Połaniecki rzekł:
— To bestya naprawdę zdolna. Czyś ty uważała, że on jakby się trochę zmienił na twarzy?
— Przystrzygł włosy — rzekła Marynia.