— A wy tu czego chceta? — spytał groźnie wójt, który zrazu zmieszał się, ale już przyszedł do siebie. — Sprawę jaką mata? Pobiliśta się czy co?
Nadspodziewanie pan pisarz wtrącił:
— Dajcie im mówić.
Rzepa zaczął:
— Jelemożny sądzie... A niech to najjaśniejsze...
— Cichaj! Cichaj! — przerwała kobieta — dajże mnie mówić, a ty cicho siedź.
To rzekłszy obtarła fartuchem łzy i nos i głosem drgającym poczęła opowiadać całą sprawę. Ach! Ale gdzież to ona przyszła? Oto przyszła na skargę na wójta i na pisarza: przed... wójta i pisarza. „Wzięli go — mówiła — obiecowali mu las, byle podpisał, to i podpisał. Dali mu pięćdziesiąt rubli, a on był pijany i nie wiedział, że zaprzedaje dolę swoją i moją, i dzieciaka. Pijany był, wielmożny sądzie, pijany jak nieboskie stworzenie — mówiła dalej już z płaczem. — Toć pijany nie wie, co robi, toć i w sądzie, jak kto po pijanemu przeskrobie, to mu folgują, bo powiadają: nie wiedział, co robił. Na miłosierdzie boże! A toć trzeźwy człowiek nie sprzedałby za pięćdziesiąt rubli doli swojej! Oj! Ulitujta wy się nade mną i nad nim, i nad dzieckiem niewinnym! W co ja się obrócę, nieszczęśliwa, sama samiuteńka na świecie bez niego, bez «nieboracyska» mojego! Oj, Bóg wam za to da szczęście i zapłaci wam za biedaków!”
Tu łkanie przerwało jej dalsze słowa. Rzepa także płakał i wycierał co chwila nos w palce. Ławnicy posowieli i spoglądali jeden na drugiego, to znów na pisarza i wójta, nie wiedząc, co czynić.
Aż Rzepowa znowu zebrała się z głosem i tak mówić poczęła:
— Chłoposko chodzi jak struty. „Ciebie, powiada, zabiję, dzieciaka zgładzę, chałupę spalę, a powiada, nie pójdę i nie pójdę”. A cóżem ja winna, nieboga? albo i dzieciak? On już ani do gospodarstwa, ani do kosy, ani do siekiery, ino siedzi w izbie i wzdycha, i wzdycha, ale ja sądu czekałam; toć wy, ludzie, macie Boga w sercu i na naszą krzywdę nie pozwolicie. Jezusie Nazareński, o Matko Boska Częstochowska! Przyczyńże Ty się, przyczyń za nami!...