— At! co wybierać... wszystkich, i kwita!

— Baczność! — zawołał Zagłoba.

Jakoż do ognia zbliżył się oficer spod chorągwi pana Radrożewskiego, a jednocześnie ozwało się ciche trąbienie przez musztuk10.

— Na koń! — skomenderował oficer.

Po czym do pana Zagłoby:

— Siła11 na tym podjeździe zależy, więc staraj się waść dostać koniecznie języka12, choćbyś też sam miał polec z połową ludzi.

— Dobrze — odpowiedział stary rycerz — lubo13 muszę waści rzec, że takie polecenie łatwiej komuś dać, niż samemu spełnić!

Oficer ruszył ramionami i zawrócił, a oni pojechali. Noc była gwiaździsta, ale bez księżyca. Za majdanem14 pół mili borku, dalej niezmierne łąki, na nich, jako zwykle latem, biały, nisko leżący tuman15, niby morze bez końca. Wąska, pachnąca torfem droga biegła przez owe łęgi, aż hen ku dalszym borom, między którymi stał nieprzyjaciel.

Gdy wjechali w tuman, ledwie człek człeka mógł dojrzeć, a o kilka kroków nie było widać nic.

— Choć w pysk daj! — mruknął Zagłoba.