Gdy wrócił do drzewa, Nel miała oczy zamknięte; ręce jej leżące na wojłoku drgały wprawdzie mocno, ale zdawało się, że usypia. Staś siadł przy niej i w obawie, by jej nie zbudzić, siedział przez pewien czas bez ruchu. Mea siedząca z drugiej strony poprawiała co chwila kawałki kości słoniowej sterczące jej w uszach, by bronić się tym sposobem od drzemki. Uczyniło się cicho, tylko z dołu rzeki od strony rozlewu dochodziło rzechotanie żab i smętne kumkanie ropuch.

Nagle Nel siadła na posłaniu.

— Stasiu!

— Jestem tu, Nel.

A ona dygocąc jak liść na wietrze, poczęła szukać jego ręki i powtarzać spiesznie raz po raz:

— Boję się, boję się! daj mi rękę!

— Nie bój się, jestem przy tobie.

I chwycił jej dłoń, która tym razem była rozpalona jak w ogniu; nie wiedząc zaś sam, co ma robić, jął okrywać tę biedną wychudzoną rączkę pocałunkami.

— Nie bój się, Nel, nie bój!

Po czym dał jej się napić wody z miodem, która przez ten czas wystygła. Nel tym razem piła chciwie i przytrzymywała mu rękę z naczyniem, gdy próbował odejmować je od ust. Chłodny napój zdawał się ją uspokajać.