— Obaj przełknęli, żaden nie zrzucił, a więc są szczerzy i nie masz zdrady między nimi!
A Staś dziękował w duchu Kalemu, że go w tej ceremonii zastąpił, albowiem czuł, że przy połykaniu „kawałka M’Ruy” byłby niezawodnie złożył dowód nieszczerości i zdrady.
Od tej chwili jednak nie groziło rzeczywiście małym podróżnikom ze strony dzikich żadne podejście ani żaden niespodziany napad, a natomiast otoczyła ich jak największa gościnność i cześć niemal boska. Cześć ta wzrosła jeszcze, gdy Staś spostrzegłszy wielki spadek odziedziczonego po Lindem barometru przepowiedział deszcz i gdy deszcz spadł tegoż samego jeszcze dnia dość obficie, tak jakby massika, która już dawno przeszła, chciała wytrząsnąć ostatki swych zapasów na ziemię. Murzyni byli przekonani, że darowało im tę ulewę dobre Mzimu, i wdzięczność ich dla Nel nie miała granic. Staś żartował sobie z niej, że ponieważ została bożkiem murzyńskim, przeto w dalszą drogę puści się tylko sam, a ją zostawi we wsi M’Ruy, gdzie Murzyni wybudują dla niej kapliczkę z kłów słoniowych i będą jej znosili fasolę i banany.
Ale Nel tak była go pewna, że wspiąwszy się na paluszki szepnęła mu, wedle swego zwyczaju, do ucha dwa tylko wyrazy: „Nie zostawisz!” — po czym jęła podskakiwać z radości, mówiąc, że skoro Murzyni są tak dobrzy, to cała podróż aż do oceanu pójdzie łatwo i prędko. Działo się to przed namiotem i wobec tłumów, więc stary M’Rua widząc podskakujące Mzimu zaczął natychmiast także podskakiwać, jak mógł najwyżej, na swoich krzywych nogach, w przekonaniu, że daje przez to dowód pobożności. Śladem jego puścili się w hopki ministrowie, za nimi wojownicy, za nimi kobiety i dzieci, słowem, cała wieś skakała przez jakiś czas, tak jakby wszyscy dostali pomieszania zmysłów.
Stasia ubawił tak ten przykład dany przez bóstwo, że pokładał się ze śmiechu. Jednakże w nocy oddał rzeczywistą i trwałą przysługę pobożnemu królowi i jego poddanym, albowiem gdy słonie napadły na pola bananowe, pojechał ku nim na Kingu i puścił między stado kilka rac. Popłoch, jaki wznieciły „węże ogniste”, przeszedł nawet jego oczekiwania. Olbrzymie zwierzęta ogarnięte szałem trwogi napełniły całą dżunglę rykiem i tętentem, a uciekając na oślep, przewracały się i tratowały wzajem. Potężny King ścigał uciekających towarzyszów z nadzwyczajną ochotą, nie szczędząc im uderzeń trąbą i kłami. Po takiej nocy można było być pewnym, że przez długi czas żaden słoń nie pojawi się w plantacjach bananów i palm dum, należących do wsi starego M’Ruy.
We wsi panowała też radość wielka i Murzyni spędzili całą noc na tańcach, na popijaniu piwa z prosa i palmowego wina. Kali dowiedział się jednak od nich wielu ważnych rzeczy, pokazało się bowiem że niektórzy słyszeli o jakiejś wielkiej wodzie leżącej na wschód i otoczonej górami. Dla Stasia był to dowód, że owo jezioro, o którym nie uczył się w geografii istnieje rzeczywiście, a po wtóre, że idąc w kierunku jaki obrali, trafią wreszcie na naród Wa-himów. Wnosząc z tego, że mowa Mei i Kalego prawie nie różniła się od mowy M’Ruy, doszedł do przekonania, że nazwa „Wa-hima” jest prawdopodobnie jakimś mianem miejscowym i że ludy mieszkające nad brzegami Bassa-Narok należą do wielkiego szczepu Szylluków, który poczyna się nad Nilem, a rozciąga się nie wiadomo jak daleko na wschód95.
ROZDZIAŁ XXXIX
Cała ludność odprowadziła daleko dobre Mzimu i pożegnała je ze łzami, prosząc natarczywie, by raczyło przybyć kiedy jeszcze do M’Ruy i pamiętać o jego ludzie. Staś przez chwilę wahał się, czy nie wskazać Murzynom wąwozu, gdzie pochował te towary i zapasy po Lindem, których z braku tragarzy nie mógł zabrać, ale pomyślawszy, że posiadanie takich skarbów mogłoby wywołać między nimi zawiści i niesnaski, zbudzić łakomstwo i zamącić spokój ich życia, porzucił ten zamiar, a natomiast zastrzelił wielkiego bawołu i pozostawił im jego mięso na pożegnalną ucztę. Widok tak wielkiej ilości nyamy pocieszył ich też rzeczywiście.
Przez następne trzy dni karawana szła znów krajem pustym. Dni były upalne, ale noce z powodu wysokiego położenia okolicy tak zimne, że Staś kazał Mei przykrywać Nel dwoma kocami. Przebywali teraz często wąwozy górskie, czasem jałowe i skaliste, a czasem pokryte tak zbitą roślinnością, że trzeba się było przez nie z największym trudem przedzierać. Na brzegach tych wąwozów widywali wielkie małpy, a niekiedy lwy i pantery, które gnieździły się w jaskiniach skalnych. Staś zabił jedną z nich na prośbę Kalego, który przybrał się następnie w jej skórę, aby Murzyni mogli od razu poznać, że mają do czynienia z osobą krwi królewskiej.
Za wąwozami na wysokiej równinie poczęły się znów ukazywać wioski murzyńskie. Niektóre leżały blisko siebie, niektóre o dzień lub dwa drogi. Wszystkie były otoczone wysokim częstokołem dla ochrony od lwów i tak spowite w pnącze, że nawet z bliska wyglądały jak kępy dziewiczego lasu. Dopiero z dymów wznoszących się w pośrodku można było zmiarkować, że tam mieszkają ludzie. Karawanę przyjmowano wszędzie mniej więcej tak jak we wsi M’Ruy, to jest z początku z trwogą i nieufnie, a następnie z podziwem, zdumieniem i czcią. Raz tylko zdarzyło się, że cała wioska na widok słonia, Saby, koni i białych ludzi uciekła do pobliskiego lasu, tak że nie było z kim rozmówić się. Jednakże ani jedna włócznia nie została przeciw podróżnikom wymierzona. Murzyni bowiem, póki mahometanizm nie wypełni ich dusz nienawiścią do niewiernych i okrucieństwem, są raczej bojaźliwi i łagodni. Najczęściej bywało więc tak, że Kali zjadał „kawałek” miejscowego króla, miejscowy król „kawałek” Kalego, po czym stosunki układały się jak najprzyjaźniej, a dobremu Mzimu składano wszędy dowody hołdu i bogobojności pod postacią kur, jaj i miodu, wydobywanego z klocków drzewa zawieszonych za pomocą sznurów palmowych na gałęziach wielkich drzew. „Pan wielki”, władca słonia, piorunów i wężów ognistych, wzbudzał przeważnie strach, który jednak rychło zmieniał się w wdzięczność, gdy przekonywano się, że hojność jego dorównywa potędze. Tam gdzie wioski były bliższe, przybycie nadzwyczajnych podróżnych oznajmiała jedna drugiej za pomocą bicia w bębny, Murzyni bowiem potrafią wszystko za pomocą bębnienia wypowiedzieć. Zdarzało się też, że cała ludność wylegała na ich spotkanie, usposobiona z góry jak najprzyjaźniej.