— Kali pójdzie z nami — powtórzyła.

— Albo nie pójdzie.

Nagle tupnęła nóżką.

— Ja chcę!

I sama rozpłakała się serdecznie.

Staś spojrzał na nią z największym zdziwieniem, jakby nie rozumiejąc, co się stało tak zawsze dobrej i łagodnej dziewczynce, lecz widząc, że obie piąstki wsadziła w oczy, a w otwarte usta łowi jak ptaszek powietrze, począł wołać z wielkim pośpiechem:

— Kali pójdzie z nami! pójdzie! pójdzie! Czego płaczesz? Jaka nieznośna! Pójdzie! A to mnie pozbadła! pójdzie — słyszysz?

I tak się stało. Staś wstydził się aż do wieczora swej słabości dla dobrego Mzimu, a dobre Mzimu postawiwszy na swoim było tak ciche, łagodne i posłuszne jak zawsze.

ROZDZIAŁ XLIII

Karawana ruszyła następnego dnia o świcie. Młody Murzyn był wesół, mała despotka łagodna i posłuszna w dalszym ciągu, a Staś pełen energii i nadziei. Szło z nimi stu Samburów i stu Wa-himów — czterdziestu z tych ostatnich zbrojnych w remingtony, z których jako tako umieli strzelać. Biały wódz, który ich w tym ćwiczył przez trzy tygodnie, wiedział wprawdzie, że w danym razie narobią daleko więcej hałasu niż szkody, ale myślał, że w spotkaniach z dzikimi hałas odgrywa nie mniejszą rolę od kuli, i rad był ze swej gwardii. Wzięto wielkie zapasy manioku, placków wypieczonych z wielkich i tłustych białych mrówek wysuszonych starannie i zmielonych na mąkę oraz moc wędzonego mięsa. Z karawaną ruszyło kilkanaście kobiet, które niosły rozmaite dobre rzeczy dla Nel i worki ze skór antylop na wodę. Staś z wysokości grzbietu Kinga pilnował porządku, wydawał rozkazy — może nie tyle dlatego, że były potrzebne, ile z tego powodu, że upajała go rola wodza — i z dumą spoglądał na swoją małą armię.