— I odnawiać ból...

Doktor zdjął z głowy biały hełm i obtarł spocone czoło.

— Słuchaj — rzekł. — A gdybyśmy wrócili nad tamto jezioro, kazali naścinać drzew i palili nocami olbrzymi ogień. Może dzieci dostrzegły...

— Gdyby były blisko, to znaleźlibyśmy je i tak, a jeśli są daleko, to wypukłości gruntu ogień zasłonią. Ta płaszczyzna pozornie jest równa, a w rzeczywistości cała w garbach, pofalowana jak ocean. Przy tym cofając się stracilibyśmy ostatecznie możliwość znalezienia nawet ich śladów.

— Mów otwarcie, nie masz żadnej nadziei?

— Mój drogi, my jesteśmy dorośli, silni i zaradni mężczyźni, a pomyśl, co by się z nami stało, gdybyśmy się znaleźli tu tylko we dwóch, nawet z bronią, ale bez zapasów i bez ludzi...

— Tak! niestety, tak... Wyobrażam sobie dwoje dzieci idących w taką noc przez pustynię.

— Głód, pragnienie, dzikie zwierzęta...

— A jednak chłopiec pisze, że szli tak długie miesiące.

— Toteż jest w tym coś, co przechodzi moją wyobraźnię.