Przez dłuższy czas słychać było wśród ciszy tylko skwierczenie tytoniu w fajkach. Doktor zapatrzył się w blade głębie nocy, po czym ozwał się przyciszonym głosem:

— Późno już, ale sen mnie odbiega... I pomyśleć, że oni, jeśli żyją, to błądzą tam gdzieś przy księżycu, wśród tych suchych wrzosów... sami... takie dzieci! Pamiętasz, Glen, anielską twarz tej małej?

— Pamiętam i nie mogę zapomnieć.

— Ach! dałbym sobie rękę uciąć, gdyby...

I nie dokończył, albowiem kapitan Glen zerwał się jak oparzony.

— Raca w oddali! — krzyknął — raca!

— Raca! — powtórzył doktor.

— Jakaś karawana jest przed nami.

— Która może znalazła dzieci!

— Może. Spieszmy ku niej!