Jeden róg sali był zrujnowany: być może wskutek wybuchu wśród nagromadzonych okazów. W innym miejscu stały rzędem bożki: polinezyjskie, meksykańskie, greckie, fenickie — z każdego, jak myślę, zakątka ziemi. Tutaj, ulegając niepowstrzymanemu popędowi, napisałem swe nazwisko na nosie steatytowego53 potwora z Ameryki Południowej, który szczególnie mnie zajął.
Im bliżej wieczora, tym bardziej słabło moje zainteresowanie zbiorami. Przechodziłem z jednych galerii do drugich, zakurzonych, cichych, w części zrujnowanych. Okazy w nich były już tylko kupami rdzy i lignitu54; rzadko napotykałem trochę lepiej zachowane eksponaty. W jednym miejscu znalazłem się nagle obok małego modelu kopalni i przez prosty przypadek dostrzegłem w hermetycznie zamkniętym pudełku dwa dynamitowe naboje! Wykrzyknąłem „Eureka!’’ i z radością rozbiłem pudełko. Potem dopiero przyszło zwątpienie. Zawahałem się. Wybrawszy następnie na przeprowadzenie doświadczenia niewielką boczną galerię, zrobiłem próbę. Nigdy nie czułem podobnego rozczarowania jak wówczas, gdym pięć, dziesięć, piętnaście minut czekał na wybuch, który nie nadchodził. Z pewnością były to tylko modele. Jestem przekonany, że gdyby było inaczej, zniszczyłbym i wysadził w sfery niebytu i białego sfinksa, i brązowe drzwi i, jak się okazało, jedyne me widoki odnalezienia wehikułu czasu.
Potem dopiero, jak sądzę, przeszliśmy na niewielkie wewnętrzne podwórze pałacu, które było trawnikiem, a rosły na nim trzy owocowe drzewa. Odpoczęliśmy i pokrzepili się. Przed zachodem słońca zacząłem się rozglądać w położeniu. Noc już nadciągała, a dotąd jeszcze nie znalazłem nieprzystępnego schronienia. Mało mnie to jednak niepokoiło. Miałem w posiadaniu swym przedmiot, który był może najlepszą bronią przeciwko Morlokom — zapałki! Miałem nadto w kieszeni kamforę, na wypadek gdybym potrzebował płomienia. Zdawało mi się, że najlepiej będzie spędzić noc na otwartym powietrzu pod osłoną ognia. Z rana urządzi się wyprawę po wehikuł czasu. Dotychczas jako jedyne narzędzie do tego celu miałem stalową maczugę. Obecnie jednak, w miarę zdobywania doświadczenia, inaczej już podchodziłem do owych drzwi z brązu. Dotychczas powstrzymywałem się od wyłamania ich głównie przez wzgląd na tajemnicze wnętrze. Drzwi te nie sprawiały wrażenia przeszkody bardzo silnej i spodziewałem się, że mój żelazny drąg zupełnie się nada do tego celu.
Rozdział IX
Gdy wychodziliśmy z pałacu, słońce znajdowało się jeszcze nieco nad horyzontem. Postanowiłem dotrzeć do białego sfinksa wczesnym rankiem, a przed zmrokiem jeszcze chciałem przedrzeć się przez lasy, które mnie zatrzymały poprzedniego dnia. Postanowiłem zajść tej nocy jak można najdalej, a roznieciwszy ogień, przespać się pod jego osłoną. Dlatego też po drodze zbierałem wszelkiego rodzaju gałązki i suche trawy i zgromadziłem już pełne naręcze tego paliwa. Przy takim obciążeniu posuwałem się wolniej, niż chciałem, a nadto Weena była zmęczona. Mnie również ogarniała senność i do lasu doszliśmy dopiero koło północy. Na zboczu pagórka pokrytego zaroślami Weena chciała się zatrzymać, bojąc się ciemności, lecz szczególne uczucie grożącego niebezpieczeństwa, które powinienem był uważać za znak ostrzegawczy, pognało mnie naprzód. Przez całą jedną noc i dwa dni wcale nie spałem, byłem więc rozgorączkowany i podniecony; ogarniała mnie coraz większa senność, a wraz z nią przybliżali się Morlokowie.
Gdy wahaliśmy się, czyby istotnie się nie zatrzymać, ujrzałem za sobą, na ciemnym tle krzaków, trzy pełzające postacie. Byliśmy w gęstwinie leśnej, w wysokiej trawie, tak iż nie czułem się zabezpieczony od zdradzieckiego podejścia. Na oko las nie zajmował nawet całej mili angielskiej. Gdybyśmy mogli dojść do obnażonego pagórka, pozyskalibyśmy bezpieczne stanowisko. Sądziłem, że zapałkami i kamforą będę mógł oświecać sobie drogę przez las. Oczywiście, chcąc korzystać z zapałek, musiałem wypuścić z rąk ów zdobyty opał; dosyć też niechętnie złożyłem go na ziemi. Wtedy przyszło mi do głowy, że jeżeli podpalę chrust, wprawię w ogromne zdziwienie naszych nieprzyjaciół. Później przekonałem się, jak straszne szaleństwo było w tym zamyśle; na razie wydało mi się to jednak znakomitą taktyką dla zasłonięcia odwrotu.
Nie wiem, czy pomyśleliście kiedy, jaką rzadkością jest pożar w umiarkowanym klimacie bez współudziału człowieka. Ciepło słoneczne rzadko kiedy bywa tam tak silne, aby mogło zapalić, nawet jeżeli jest zogniskowane przez krople rosy, co się niekiedy zdarza w stepach podzwrotnikowych. Piorun może opalić i zwęglić, lecz rzadko kiedy wznieca pożar szerzący płomienie. Butwiejące rośliny niekiedy rozgrzewają się od ciepła fermentacji, lecz również rzadko kiedy zajmują się płomieniem. A nadto w owej epoce upadku zapomniano już na ziemi sztuki rozniecania ognia. Czerwone języki, które zaczęły lizać naręcze mojego drzewa, były nowym przedmiotem podziwu dla Weeny.
Podbiegła do ognia, aby się nim bawić. Przypuszczam, że rzuciłaby się w płomienie, gdybym jej nie powstrzymał, ale schwyciłem ją wpół i pomimo jej oporu śmiało zapuściłem się w las. Na niewielkiej przestrzeni blask płomienia oświecał drogę. Obejrzawszy się za siebie, zauważyłem wśród krzyżujących się konarów, że od mojego stosu płomień przeskoczył do przyległych krzaków i po trawie pełza już wężowata linia płomienia. Uśmiechnąłem się i skierowałem ku leśnej gęstwinie, którą miałem przed sobą. Było bardzo ciemno. Weena przytuliła się do mnie konwulsyjnie, wokół jednak panowała cisza, a że oczy moje przywykły do ciemności, widziałem dość dobrze, aby omijać gałęzie. Nad głowami mieliśmy nieprzeniknioną ciemność z wyjątkiem rzadkich szczelin, przez które przeświecały plamy błękitnego nieba. Nie zapalałem zapałek, bo nie miałem wolnych rąk. Na lewym ramieniu niosłem moją małą, w prawej ręce trzymałem stalowy drąg.
Przez pewien czas nie słyszałem nic prócz chrzęstu gałęzi pod nogami, słabego szmeru wiatru nad głową, własnego oddechu i tętna w uszach. Później usłyszałem około siebie dreptanie. Rozzłoszczony posuwałem się naprzód. Dreptanie stawało się coraz wyraźniejsze. Rozróżniałem już teraz te same dziwne dźwięki i głosy, które słyszałem już tam, w podziemnym świecie: widocznie Morlokowie usiłowali mnie osaczyć. Istotnie, uczułem nagle, że ktoś ciągnie mnie za surdut, a później za rękę. Weena zadrżała gwałtownie; po chwili ucichła zupełnie.
Był najwyższy czas, by zapalić zapałkę; lecz dla wykonania tego musiałem ciężar mój złożyć na ziemi; tak też uczyniłem, a gdy szukałem w kieszeni, u kolan moich w ciemności wywiązała się walka przy zupełnym milczeniu Weeny i osobliwszym jakby gruchaniu Morloków. Miękkie, drobne ręce pełzały po mym tułowiu i grzbiecie, dotykały nawet szyi. Zapałka błysła z trzaskiem. Trzymałem ją w ręku; ujrzałem białe grzbiety Morloków uciekających pomiędzy drzewami. Czym prędzej porwałem z kieszeni kawał kamfory, gotów zapalić go natychmiast, gdy już zapałka będzie się dopalać.